loader img
Top

Misje w Zambii

  • Masansa

  • Wtorek 17 kwietnia 2018

Drodzy Przyjaciele   

Kiedy byłem na poprzednim urlopie, w czasie jednego ze spotkań zapytano mnie: „Czy w Zambii uprawiają voodoo?” Dla przypomnienia, to taki rodzaj magii z rejonu Morza Karaibskiego. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że czegoś takiego tu nie ma, ale za to są inne rodzaje miejscowych czarów. Na to padło pytanie, czy brałem udział w takich czarach? Trudno jednak sobie wyobrazić, że katolickiego księdza i to jeszcze białego, ktoś zaprosiłby na takie rytuały i czy chciałbym w tym uczestniczyć. Niestety lokalnych czarowników jest tu mnóstwo, a wiem o tym chociażby z tego, że wiele osób, które skorzystały z ich „usług” zmaga się potem z fizycznymi i duchowymi skutkami takiego kontaktu. Nigdy nie wiemy,

z pomocy jakich sił korzystają tak zwani „uzdrowiciele”. Ci działający w Polsce również.

Zdarza się, że po kontaktach z czarownikiem, ludzie nie są w stanie się modlić, czy uczestniczyć we Mszy świętej. Kiedyś przyprowadzono do mnie na stacji młodą kobietę, abym się nad nią pomodlił. Nie była ona w stanie wypowiedzieć słów żadnej modlitwy, ani powtórzyć za mną prostego wyznania: „Jezu jesteś moim Zbawicielem”.

W poniedziałek przed Niedzielą Palmową, przyszedł do mnie parafianin z odległej o prawie 40 kilometrów stacji z prośbą o spowiedź i pomoc w zniszczeniu „lekarstwa”, jakie dostał od czarownika. Dostał to jest źle powiedziane, za które musiał słono zapłacić. Po spowiedzi rozpaliliśmy małe ognisko, do którego wrzucił to, co z tego „lekarstwa” jeszcze pozostało. Opowiedział mi, że korzystają nie tylko kiedy są chorzy, ale na przykład, jeśli coś wartościowego z domu zginie, albo kiedy ktoś z rodziny umrze. W tym ostatnim przypadku próbują szukać winnego tej śmierci.

Krótko przed moim przybyciem do Masansy, jeden z naszych liderów został oskarżony przez swoich sąsiadów, że czarami spowodował śmierć ich kilkunastoletniej córki, dlatego, że ta pokłóciła się z jego córką. Sprawa trafiła nawet na policję. Na szczęście wykonano sekcję zwłok zmarłej, która wykazała, że przyczyna śmierci była jak najbardziej naturalna.

Takie oskarżenia o spowodowanie czyjejś śmierci mogą mieć tragiczne konsekwencje,

z utratą życia włącznie, więzieniem (jako, że zambijski rząd stara się zwalczać takie praktyki), a w najłagodniejszym przypadku z koniecznością opuszczeniem miejsca zamieszkania. Bowiem nawet tylko nieudowodnione podejrzenie mogłoby spowodować,

że publiczny ostracyzm, uniemożliwiałby normalne życie.

Nie brakuje także w Zambii specjalistów pomnażania pieniędzy. Mechanizm ich działania jest w każdym miejscu pod słońcem taki sam. Najpierw „pomnażają” jakąś małą sumę, a kiedy powierzy się im już jakąś konkretną, to znikają z danego terenu.

Jedna z zambijskich sióstr zakonnych opowiadała mi o swoim wujku, który kupił nigeryjską „maszynę do produkcji pieniędzy”. Nie było to jakiś tam sobie prosty człowiek,

ale wykształcony i z dobrą pozycją zawodową. Transakcja musiała być dokonana szybko, więc wziął taką zambijską „chwilówkę” pod zastaw domu. Szybko jednak okazało się,

że maszyna przestała „produkować” pieniądze, a próby znalezienia sprzedawcy, w celu reklamacji, spełzły na niczym. W konsekwencji rodzina straciła dom.

Obecna pora deszczowa już powoli się kończy. Po suchym styczniu, marzec i luty były bardzo deszczowe, więc zbiory nie powinny być złe. Nawet mogłem obserwować,

jak kukurydza, która wydawała się stracona pod koniec stycznia, wydała jednak kolby.

W związku z obfitymi deszczami spotkała mnie też pewna niecodzienna przygoda. Na jednej ze stacji, poproszono mnie o odwiedzenie bardzo poważnie chorego parafianina. Po Mszy pojechaliśmy więc z Komunią. Jednakże drogę zagrodził nam tak wezbrany potok,

że niepodobna było pokonać go samochodem. Moi przewodnicy powiedzieli mi, że do domu chorego nie jest daleko, więc przeszliśmy przez strumień pieszo, zostawiając tylko jednego

z ministrantów do pilnowania samochodu. To „niedaleko” okazało się półgodzinnym marszem, ale miałem satysfakcję, że chory mógł przyjąć Pana Jezusa.

Tegoroczna pora deszczowa, a właściwie jej początek spowodował jeszcze jedną, dość przykrą konsekwencję, a mianowicie z pierwszymi deszczami przyszła jakaś choroba na kury, od której prawie wszystkie nam pozdychały. Niestety rozprzestrzeniła się ona także po całej okolicy, wobec czego pozdychały też naszym parafianom. Tak więc w ostatnim czasie dostać kurę, to prawdziwa rzadkość i rarytas zarazem.

Na koniec coś wesołego. Coraz częściej można tu spotkać kobiety z pomalowanymi paznokciami, ale prawie wyłącznie lewej reki. Zapytałem więc kiedyś jedną, dlaczego tak właśnie malują paznokcie? Odpowiedź brzmiała: „Bo prawą ręką się je!”

Z darem modlitwy

 

Ks. Marek                            Masansa  17.04.2018